Tabu

Są takie rzeczy, o których nikt nie chce mówić głośno. Boimy się odrzucenia, boimy się krzywych spojrzeń, boimy się niemiłych słów, zdań, boimy się, że ktoś powie – bardzo zła dziewczynka, bardzo niegrzeczny chłopiec. Zawiodłem się na Tobie. 
Tyle tylko że już jesteśmy dorośli, ze złej dziewczynki robi się więc pospolita kurwa, z niegrzecznego chłopca skurwiel.

Co jednak jeśli weźmiemy na siebie te kurwy i tych skurwieli? Co jeśli przeczekamy falę nieprzyjemnych komentarzy i uszczypliwości?

 

Kiedy dwa lata temu założyłam funpage Aleksandry Ka. – tej laski, która to pozuje do zdjęć i w dodatku musi się do nich czasami rozebrać, liczyłam się z tym, że usłyszę o sobie przeróżne rzeczy. Bałam się reakcji rodziców, którzy o pozowaniu wiedzieli, ale bardziej się domyślali, bałam się reakcji znajomych, a raczej tego, że po prostu nie dam sobie z tym wszystkim rady. Podjęłam jednak pewną decyzję, z konsekwencjami której musiałam się liczyć. I były, jakże by inaczej – choć nie tam gdzie spodziewałam się ich najbardziej. Rodzice przyjęli wszystko na spokojnie, wytłumaczyłam Mamie jak to wygląda, a że bystra z Niej kobieta i tak swojego domyślała się wcześniej. Moi rodzice jednak to nie wszystko. Nie obyło się więc bez insynuacji jakobym miała grać w filmach porno, nie obyło się bez tekstów jaka to jestem rozwiązła – dostało się nawet Kosmicie, który w obecnym czasie podobno miał silną potrzebę by zarabiać na moim ciele. I to wszystko ze dwa razy zabolało – nawet nieco mocniej niż bym sobie życzyła i przepłakałam kilka chwil. W szczególności wtedy, kiedy odsunęli się Ci, którzy o mojej pasji wiedzieli już wcześniej. Musiałam się jednak z tym liczyć i tak właśnie było.
A teraz? Teraz nie dochodzą mnie już plotki o tym, kto i jakie pieniądze na mnie zarabia. Nie dostaje wiadomości pt. co na to Twój chłopak. Kosmita również nie dostaje anonimów i żyjemy normalnie – bo dla nas właśnie takie życie jest normą.  I przestał to być również temat tabu. Jednak na pewno nie dlatego, że społeczeństwo pozwoliło mi na ujawnienie się. Stało się tak dlatego, że to my przyzwyczailiśmy społeczeństwo do tego jakie są realia.  Pomimo wszelkich konsekwencji na początku.
A dlaczego o tym piszę? Bo dziś przeczytałam po raz kolejny, że aborcja jest OK.
I choć to temat bardzo odległy od tego, który opisałam – schemat jest identyczny.
Pewna młoda dama poddaje się aborcji, po czym obawia się pokazać twarz w telewizji, na ulicy, sąsiadom. Strach jednak nie zniknie ot tak, po pojawieniu się Dream Teamu Aborcyjnego. Strach minie wtedy kiedy pogodzi się z faktem dokonania przez siebie aborcji i z tym, że nie ma najmniejszej szansy na to, by wszyscy których zna uśmiechnęli się do niej i powiedzieli – dobra dziewczynka! – opcjonalnie, ze względu na wiek – nic się nie stało, aborcja jest OK. Niezależnie od tego ile wydrukujemy różowych okładek z uśmiechniętymi dziewczynami, które właśnie wyszły ze skrobanki – co swoją drogą jest dla mnie co najmniej karykaturalnym przedstawieniem cholernie poważnego tematu. Niezależnie od tego ile koszulek sprzedamy i jak wiele z nas będzie chodzić z w nich po ulicach –  nie mamy najmniejszych szans, by przekonać całe społeczeństwo o tym, że aborcja jest w jakimkolwiek stopniu OK. To tak jakby próbować przekonać całe społeczeństwo, że od jutra wszyscy codziennie spożywamy dwie tabliczki czekolady dziennie – fajnie, super, ale może ktoś nie lubi czekolady i będzie miał Was w dupie? tak samo jest z każdym innym tematem. A skoro nie masz opcji na to by przekonać całe społeczeństwo do tego by żarło czekoladę, nie oczekuj że gdy będziesz jeść ją garściami wszyscy, zawsze będą Ci kibicować.
Kobieta dokonująca aborcji, musi liczyć się z tym, że ktoś ją może odepchnąć. Siostra, babcia, sąsiadka spod dwójki, a może wujek z Kalisza. Może ktoś, kiedyś powie jej że zabiła. I żaden róż w tym nie pomoże. Żadna koszulka nie przełamie tabu. To ludzie to robią. Ludzie postępują po swojemu, przekraczają pewne granice, mówią o tym i godzą się na zbieranie różnych opinii, bo ludzie mają to do siebie, że są różni, a im jest ich więcej tym i tych opinii większa mnogość. I powtarzam – żadna różowa okładka rodem z czasopisma dla nastolatek w tym nie pomoże. Żaden Dream Team.
To te Kobiety, które muszą się z tym mierzyć, które mają przestać się bać- to one łamią tabu, to one poddają się opiniom – tym krytycznym i tym nie. I to one w pewnym momencie zaczynają żyć normalnie, bo żaden hejt nie trwa wiecznie, społeczeństwo przyzwyczaja się do wszystkiego. Nie można jednak żyć w nadziei, że nie zdarzy się kiedyś jakaś nieprzyjemna opinia, zgryźliwa uwaga.
I jestem zła. Miałam jakiś czas temu dyskusję na temat użycia sformułowania „dziewczynka” w pewnym spocie. Bo jak to tak, dorosłe kobiety dziewczynkami nazywać. Jakież to jest seksistowskie. Jakież samcze, chamskie. Jaką to ja jestem ograniczoną mentalnie kobietą i jakiż to żal wzbiera na to, jakie mam poglądy i że nie widzę w tym nic tragicznego. A teraz? Teraz te same kobiety, które oburzały się na dziewczynkę występują na różowym tle, nazywając się Dream Teamem.
Jestem zła, bo wolałabym w tym momencie by każda z nich napisała – nie jesteś sama. Wolałabym by pisały, że nie można bać się społeczeństwa. Wolałabym, prawdziwej dyskusji na temat tego, że istnieją różne poglądy – te, które kategorycznie bronią życia poczętego i te, które kategorycznie domagają się prawa wyboru co do tego czy chcą rodzić czy nie – bo oba te punkty widzenia mają prawo istnieć. Oba mają swoje racje i są prawdziwe, i dlatego należy się nam prawo do tego by wybrać, do którego poglądu nam bliżej.  Kiedy natomiast widzę różową okładkę przypominam sobie plakaty pro life i myślę, że niczym się one od siebie nie różnią.

 

Peace.

Reklamy

Wolności

 

Wiesz jak to jest, kiedy czekasz na coś bardzo długo,  a potem okazuje się, że jednak nie nadejdzie?
A pamiętasz jak to jest kiedy okazuje się, że się uda i nie wszystko stracone?
No to ja się tak właśnie czuję.
Czekałam na to długo, miało nadejść później, okazało się, że jest teraz.
Urlop.

 

 

Dzień pierwszy spędziłam nad serialem. Mam nadzieję, że mimo wszystko uda mi się nie obejrzeć wszystkich sezonów do końca tygodnia. Mimo szczerej sympatii do wampirów, nie chcę całego wolnego czasu spędzić przed telewizorem. Jutro wyjdę więc z domu. Zrobię coś przyjemnego, rozruszam zmęczone mięśnie. Pójdę na saunę, albo na tańce, albo na jedno i drugie – w zależności od nastroju. I chcę tworzyć. Już dawno nie miałam tak silnej potrzeby by zrobić coś twórczego. Zdjęcia, muzykę, grafikę – cokolwiek.
Może wydać się to co najmniej zabawne, ale moim pierwszym obiektem rysunku graficznego będą kaktusy i sukulenty, które przyciągają moją uwagę od kilku tygodni. Mam głęboką, nieprzyzwoitą wręcz potrzebę narysowania kaktusa!! (tu sama śmieje się z siebie do monitora). Jest mi dobrze.

 

Kot dziś leżał mi na kolanach, trzykrotnie. To chyba znak, że zadomowił się u nas już na dobre i robi się z niego kolanowy potwór – podoba mi się taki rozwój wydarzeń.

I podoba mi się, że mogę przez chwilę robić wszystko to na co mam ochotę nie martwiąc się, że na coś nie mam czasu, albo że w pierwszej kolejności mam ważniejsze rzeczy na głowie, że muszę komuś odpisać, zmienić w grafik, coś sprawdzić, zorganizować. Po prostu cieszę się świadomością, że dziś, jutro ani po jutrze – nic nie muszę.

 

Jeśli Pan Bóg da, w tym tygodniu uda mi się zrobić kilka zdjęć pewnej przyjemnie wyglądającej istocie. Zostało modlić się tylko by żaden chomik, przy produkcji tychże zdjęć nie zginął.
Jeśli Pan Bóg da, w tym tygodniu poczynię video z moim udziałem i jakieś portrety. I grafikę z kaktusem – co w sumie winno być punktem pierwszym!
I może jak Pan Bóg da, to dogramy z Kosmitą chórki do czegoś, do czego już dawno powinniśmy je dograć.
A jeśli Pan Bóg nie da. To może wszechświat się zlituje, albo inna energia.

I wiem, że mimo urlopu czeka mnie w tym tygodniu jeszcze praca. Ale to nic, chcę by to było minimum potrzebnego minimum i grzecznie czekam na godzinę zero, nie wychylając się przy tym niepotrzebnie.

A teraz, skoro poniedziałek się już kończy, dobrego tygodnia.
Peace.

A gdy dorosnę, zostanę wampirem.


Mam ostatnio fazę nadprzyrodzoną. Czarownice, wampiry, wilkołaki i demony. Nastoletnie problemy i krew, która leje się strumieniami. Jestem w połowie Pamiętników Wampirów, zastanawiam się jaką by tu książkę zacząć. Zbliża mi się tydzień wolnego – chętnie go wykorzystam by nadrobić zaległości.

 

Mogłabym być wampirem. Nie żywiłabym się ludźmi, piłabym z torebek – od czego są banki krwi. Z hipnozą życie byłoby łatwiejsze, ciekawsze. I ta świadomość, że możesz wszystko. Uciążliwą wydaje mi się tylko świadomość, że w pewnym momencie zostaniesz sam , wszyscy których znasz, cała rodzina umrze. Zawsze jest opcja by ich przemienić, ale co jeśli by tego nie chcieli?
I trzeba się przeprowadzać – pewnie raz na 10 lat, żeby nikt nie zorientował się, że się nie starzejesz. Chociaż w sumie… może nawet rzadziej. Gdyby iść tym tokiem myślenia, można by powiedzieć że Pharrell jest wampirem – gość wygląda dokładnie tak samo jak dwadzieścia lat temu. Może nieco postarzała mu się skóra, ale wciąż nie wygląda na swoje lata. Tak jak Ellen, która wygląda dwadzieścia lat młodziej niż wskazywałaby na to jej metryka urodzenia.
I myślę, że ogromny wpływ na to ma to co robisz w życiu. Jak bardzo ów coś kochasz i ile przynosi Ci to radości, ile szczęścia i pozytywnej energii wprowadza do codzienności. Im tego jest więcej, tym czas jest dla Ciebie łaskawszy i zwiększają się Twoje szanse na dożycie setki.

I zazdroszczę nieco tym, którzy znaleźli w swoim życiu to coś. Coś co sprawia im przyjemność, co jest ich pasją, a jednocześnie zapełnia ich portfele. Zazdroszczę tym, którzy przez całe swoje życie, od zawsze wiedzieli co chcą robić. A przede wszystkim zazdroszczę tym, którym uparcie chce się szukać, bo czasami to jedyna droga do tego, by dotrzeć do celu. I mówię sobie, że ja też kiedyś znajdę, choć chciałabym by to kiedyś znalazło mnie jak najszybciej.
W tym roku skończę dwadzieścia pięć lat i choć jestem zupełnie samowystarczalna finansowo, mam całkiem nie najgorsze stanowisko i ćwierć możliwości rozwoju, nadal nie czuję by to było to.  I choć jestem z siebie zadowolona, chciałabym już być na swoim, robić coś dla siebie, pracować przede wszystkim na swoje, a nie na czyjeś wakacje.
Tablet leży więc przy telewizorze, czeka na poniedziałek. W poniedziałek bowiem zaczynam urlop, a ten poświęcę na naukę. Na naukę tego co lubię, co sprawia mi przyjemność i pozwala trochę poćwiczyć wyobraźnię.

Peace.

Siostry Godlewskie, a marnotrawstwo narodowego potencjału

Jakieś siedem lat temu, na Wigilii miejskiej w Elblągu, miałam okazję śpiewać jedną z piosenek pseudo-świątecznych. Znacie ją, jestem tego pewna, tak samo jak znacie kilkadziesiąt innych, którymi jesteście bombardowani w okresie grudniowym.
Kiedy byłam młodsza, bardzo lubiłam tę piosenkę  – w radio śpiewała ją Edyta Górniak I Krzysiek Antkowiak. Dziś… dziś najbardziej znana jest z wykonania przez siostry Godlewskie.
I nie przeszkadza mi to, ale…

 

Pamiętam kiedy pierwszy raz nacisnęłam play. I pamiętam, że trochę się śmiałam, trochę współczułam, trochę zazdrościłam, ale mimo wszystko uszanowałam temat. Internet pełen jest dziwactw wszelkiej maści. Można powiedzieć, że internet to wręcz nieskończona ilość możliwości spotkania kogoś, czegoś, co mogłoby nas zaskoczyć. Studnia ludzkich zachowań, której dna nie widać i lepiej nie szukać, bo  naprawdę nie wiadomo co się tam jeszcze znajdzie.
Od kilku dni jednak Facebook atakuje mnie nowym programem sióstr Godlewskich. Jedna ze stacji (w mojej opinii, lotów niezbyt wysokich) postanowiła Siostry zatrudnić, a przynajmniej tak się zareklamować. Dziewczyny śpiewają o pogodzie w skórzanych strojach, a po 23:00… bez.
I nic mi do tego, naprawdę.
Czytam komentarze z Kosmitą. Ten uczulony na hejt i nienawiść syczy lekko niezadowolony. I trochę mu się nie dziwię, a trochę usprawiedliwiam gawiedź.

Zastanawia mnie pewien fenomen. Co determinuje w dzisiejszych czasach sukces? I czym on faktycznie jest – bo mimo iż jest to kwestia dość mocno indywidualna – wydaje mi się że mamy tu do czynienia z jakimś rodzajem sukcesu.
Dziewczyny są ładne, każda na swój sposób – i ok, może to nie mój gust, nawet bardzo nie mój, ale co najmniej jedna z nich faktycznie może się podobać. Oczywiście nie idzie nie zauważyć, że tu czy tam maczał swój skalpel Pan Doktor, ale nie skupiajmy się na tym – każde z nas bowiem ma prawo do tego, by sobie poprawiać, bądź też zepsuć co mu się żywnie podoba.
Można też zauważyć, że nad umiejętnościami wokalnymi obu dziewczyn naprawdę, wypadałoby popracować. Potencjał jest w każdym, tu na pewno też by się znalazł – przemawia za tym choćby ich determinacja.
Widzimy też, że Obie nie wstydzą się siebie, prężenie się bowiem przed kamerą bez stanika, śpiewając przy tym Tyle słońca w całym mieście wymaga ogromnej pewności co do własnej osoby.
Ale widząc to nadal się zastanawiam – czy nie ma w tym kraju osób, które dałyby nam nieco więcej niż Monika i Esmeralda? Czy nie ma w naszym kraju ludzi, którzy regularnie publikują swoją twórczość na Youtubie, a o których nikt nigdy jeszcze nie usłyszał? Ludzi utalentowanych, ludzi którzy każdą wolną chwilę poświęcają na swoją pasję, mając nadzieję, że kiedyś ktoś ich zauważy.
Facebook bije w nas Siostrami z każdej strony, 4fun.tv wbija z reklamą pogodynek Godlewskich. Ludziom piana bije z ust, a dziewczyny mają swoje pięć minut. Monika gra w teledysku Disco Polo – o którym oczywiście dowiedziałam się z RMF, bo stacje muzyczne chyba już na poważnie uznały Dziewczyny, jako pewnego rodzaju gwiazdy sceny.
I czuję się trochę zniesmaczona. Odsłuchaliśmy Pada śnieg, grudzień minął – Pada śnieg nie. Nabiliśmy prawie siedemset tysięcy wyświetleń na YTB, media więc w mig podchwyciły interes. Pośmialiście się, parodiowaliście, a teraz jest szansa, że dziewczyny w przeciągu najbliższych kilku miesięcy zarobią na wydanie własnej płyty – o ile wcześniej nie zgłosi się do nich jakaś wytwórnia muzyczna, by także dla naszego i ich fun’u zrobić im przyjemność i podpisać kontrakt.
Klikacie, komentujecie i nabijacie biznes. Tak jak ja. A media promują, by klikać, komentować i nabijać swój biznes.  Maszynka się kręci.
Jak dla mnie, nieco zbyt głupawe to wszystko i tylko to mnie boli. Te niskie loty i głupota, które dziś są modne. Tyle jest w nas prawdziwego potencjału, który się marnuje. Tyle jest w nas talentów, które czekają na odkrycie.

Jeśli więc nie wiesz kim są Siostry Godlewskie, chyba lepiej byłoby się nie dowiadywać. Może wtedy miną, tak jak minęli nas Deynn i Majewski, których imiona musiałam przed chwilą wygooglować, gdyż tej burzy nie śledziłam, Deynn nie kojarzę – i dobrze mi z tym.

Peace.