W czasie przeprowadzki.

Jestem w trakcie budowania nowej strony internetowej – mojej, w całości. Nie mam więc zbyt wiele do powiedzenia, zbyt mocno mnie to w tym momencie zajmuje. Wiecie jak to jest, kiedy zaczynacie przeprowadzkę, nie daj Boże jeszcze w miejsce, które trzeba odremontować, urządzić po swojemu. Czuję się w tym momencie podobnie. Mimo wszystko jednak, już dawno nie czułam tak wyraźnie, że to co robię ma sens i że może przynieść mi zdecydowanie wiele pożytku.

Tak więc póki co…
Peace.
Mam nadzieję, że kolejne kilka liter, uda mi się już zapisać tam…

Reklamy

I’m gonna highway to Hel

Powietrze o zapachu kostki leśnej i ten mech, mech i prześwity.

~Mieszczuch

 

 

Niedziela – wolna od handlu. Wybraliśmy się na Hel – ja, Kosmita i Katarzyna, co to na wycieczki wszelkiej maści zawsze jest chętna. Los tak chciał, że mnie na Helu nigdy nie widziano, Kosmity również, a że dni słonecznych w naszej kochanej Polsce nie ma zbyt wielu, żal byłoby nie skorzystać, nie daj Boże siedząc w domu.
Dojechaliśmy więc, jadąc przez dróżki szersze i węższe, po prawej stronie mając morze i po lewej mając morze. I minęliśmy Juratę – wymarłą niczym amerykańskie miasteczko na środku pustyni – i dotarliśmy na sam koniec Polski, który dla niektórych jest też pewnie końcem świata – członek Helu – cypel.
I pospacerowaliśmy trochę i pozbieraliśmy muszelki, które były dokładnie takie same, jakby każda jedna wyprodukowana w tej samej fabryce. I zapuściliśmy się w las, w poszukiwaniu latarni. A tam moi drodzy, widoki nie z tej ziemi, las tak piękny, że chciałoby się przystanąć na zawsze i zostać na chwilę i mech, który się ścielił aż po horyzont i prześwity słońca między gałęziami.
I plułam sobie w brodę, że nie zabrałam ze sobą żadnej pozującej duszy, co to by mi się w tym mchu położyła, co by przystanęła przy drzewie i złapała kawałek światła na twarzy, ale tylko trochę, tak by część była w cieniu.
I tylko chodziłam z aparatem w ręce, wyobrażając sobie wszystkie te kadry, które mogłyby się przytrafić, choć nie dziś, ani nie jutro, może raczej za kilka tygodni.

Mniejsza jednak o moje preferencje, fetysze i zachwyty nad przyrodą. Niedziela na półwyspie, to nie lada wyzwanie dla tych, którzy chcieliby coś zjeść – niedziela przed sezonem rzecz jasna.  A nie daj Panie Boże jeśli miałbyś ochotę na pizze – włoską w dodatku. Jurata zaproponowała nam śledzia, wszystko inne zostało bowiem wymiecione – dosłownie. Pan z restauracji (jedynej, która oferowała coś prócz ryby) wprost stwierdził, że niestety na podanie czegokolwiek będzie trzeba czekać ok. godziny, w dodatku nie będzie to pizza, z racji wcześniejszego oblężenia.  Podobnie było w Jastarni, która nie była wstanie zaoferować nam niczego oprócz ryby.
Z odsieczą nadeszło jednak Władysławowo, gdzie udało nam się znaleźć knajpkę w stylu pizzy polskiej. To taki specyficzny twór, choć dobry, nie będący włoskim. Głód jednak zdecydował, iż produkt polski zasłużył na wsparcie z naszej strony – pizza polska zdała egzamin celująco.

I wróciliśmy do domu, najedzeni pizzą, dla której przeszukaliśmy trzy miasta. I może byliśmy nieco zmęczeni, i może wcześniej musieliśmy położyć się spać, ale dawno już nie czułam się tak dobrze. Słońce jest moim remedium na wszelkie porażki i trudności, z którymi mam do czynienia. Słońce daje mi trochę więcej energii, trochę więcej pozytywnych emocji i przykleja mi uśmiech do twarzy i otwiera serce na świat.

Peace.

Wiosna


Jest taki czas, kiedy wszystko w moim życiu się zmienia. Słońce częściej przypomina o swoim istnieniu, promienie dają więcej ciepła, a witamina D pcha się do komórek.

 

Wiosna.
Zwykłam mówić, że w zeszłym wcieleniu byłam niedźwiedziem, razem z zimą bowiem, mój organizm zapada w dziwny rodzaj hibernacji. Mogłabym spać całymi dniami i towarzyszy mi poczucie, że wszystko jest każdego dnia takie samo. I jest w tym odrobina prawdy, kiedy okazuje się, że niebo przez większość czasu spowite jest gęstymi chmurami, a śnieg leży przez miesiąc, kiedy to przez resztę czasu jest po prostu szaro, buro i mało przyjemnie.
Wystarczy jednak jeden słoneczny dzień i temperatura powyżej dziesięciu stopni, żeby świat na nowo stał się bardziej barwnym, przyjemnym miejscem.  A kiedy się to już dzieje, wszystko staje się prostsze i chce się żyć. Ot i tak się właśnie teraz czuję.
Za mną już pierwsze porządki w szafach i na komputerze – próbuję wyrobić sobie nawyk niezaśmiecania komputera zdjęciami – póki co z marnym skutkiem. Od czasu kiedy wyszło słońce jeszcze więcej też we mnie pozytywnej energii do działania w obszarach foto – już dziś mam kilka projektów, które tylko czekają na dzień by się ziścić. Czyta mi się też książka o finansach, którą sprezentowała nam Siostra Kosmity, co tym bardziej motywuje mnie do tego by porządki, które staram się utrzymać w szafie, utrzymać również w portfelu.
Wiosna to dla mnie najlepszy czas, to tu dostaję tego najmocniejszego przypływu energii, której brak mi zimą. To teraz jest we mnie najwięcej motywacji do działania – kiedy pierwsze słońce wdziera się przez szyby. Grzechem byłoby więc z tej motywacji nie skorzystać. Zapełniam kalendarz zajęciami dodatkowymi – modelingiem, fotografią, spotkaniami. I cieszę się, że to w końcu nadeszło. Że w końcu jest ten czas, kiedy i mi się chce.
Chce się  żyć.

 

Peace.

Dobry poniedziałek

Dzisiejszy poniedziałek, jak co roku, był jakiś taki bardziej łaskawy, przyjemny.
Jakiś taki bardziej leniwy, śpiący do jedenastej.
To taki poniedziałek, który nie krzyczy od rana, że deadline, targety i wszystko ASAP.
To taki poniedziałek, kiedy telefon leży i nie pyta która godzina – trochę śpi, trochę się nudzi, trochę odpoczywa.

Lubię takie poniedziałki.

 

Nawet jeśli od rana wcale nie kipiałam szczęściem, nie krzyczałam jak to jestem zadowolona z tego co mnie otacza, nawet jeśli się uniosłam raz, czy może dwa. I nawet jeśli na początku musiałam wypluć z siebie kilka nieprzyjemnych zdań i zmielić je wszystkie w głowie. Nawet jeśli kilka razy musiałam się od rana sama, na siebie wściec.
Dzisiejszy poniedziałek był trochę przygnębiony, ale był też trochę słoneczny. I dał nam wyjść na spacer, kiedy zaświeciło słońce. I choć odrobinę wiało, a wiatr ten był chłodny i mało przyjemny, sam spacer był nam potrzebny by nie zapomnieć, że człowiek jednak stworzony jest do chodzenia – bardziej niż do jeżdżenia autem – i że ten ruch lubi, i lubi jak świeży tlen rozpycha  mu się w płucach.
To był też poniedziałek, który się uczy, czyta książki, który stara się coś zmienić na lepsze, choć nie robi tego nachalnie, pozwala na działanie we własnym tempie.
I myślę, że takie poniedziałki są mi czasami potrzebne, by zebrać myśli i dać sobie chwilę na bycie – po prostu.

Wiecie jak to jest – że nie ważne jak się zaczyna, ale ważne jak się kończy. I tak w sumie całe życie. Nie ważne jak jest na początku, ważne co z tym zrobisz w dalszej części, jak tym wszystkim pokierujesz, na co się zdecydujesz. Kim zapragniesz zostać – za pierwszym, drugim, dziesiątym razem. I jak Cię zapamięta świat. Czy Cię zapamięta.

W jednym z pierwszym rozdziałów książki, którą wczoraj zaczęłam, jest postawione pytanie – jakim chciałbyś by zapamiętał Cię świat?
I myślę, że nie wiem, ale chciałabym by na moje wspomnienie pojawiał się uśmiech na twarzy i uczucie ciepła.  Mimo wszystko.

 

A teraz, przygotujemy się na wtorek, który będzie już pewnie zupełnie inny od dzisiejszego poniedziałku.

Peace.